Siedziałem na metalowym krześle przed
salą operacyjną. Sprawdziłem godzinę na zegarku, za piętnaście druga. Czekam tu
dwie i pół godziny. Przyjaciele pojechali do domów, zostałem tylko ja razem z
najlepszą przyjaciółką mojej narzeczonej, która poszła po kawę. Wszędzie białe
ściany, biała podłoga, białe drzwi prowadzące niewiadomo dokąd, na korytarzu
zero okien. Zapach szpitala przypominał mi o tym gdzie znajduję się w tej
chwili. Co chwilę słyszałem skrzypnięcie drzwi, a zaraz po tym bieg magomedyka
lub pielęgniarki. Nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Usiadłem na podłodze.
Przymknąłem oczy chcąc na chwilę urwać się z szarej rzeczywistości. „Szary to
też kolor, więc Twoje życie zawsze będzie kolorowe, nieważne co by się stało”
przypomniałem sobie słowa mojej ukochanej. Byłem już w półśnie, gdy usłyszałem,
że ktoś siada obok mnie. Zauważyłem rude włosy. Uśmiechnąłem się mimowolnie.
- Dziękuję
– powiedziałem, gdy podała mi kubek kawy z mlekiem i łyżeczką cukru.
- Nie ma za
co, na pewno jesteś wykończony tym czekaniem – odpowiedziała – wiadomo już co
się stało?
- Nie chcą
mi nic powiedzieć. Te wszystkie przepisy odnośnie tego, że tylko rodzina może
się dowiedzieć o jej stanie, uniemożliwia mi wszystko.
- Jak tak
mogą? Jesteś przecież jej narzeczonym, to absurd! – krzyknęła – zaraz pójdę do
jakiegoś magomedyka i zażądam wyjaśnień!
-Nic ci nie
powiedzą. Pytałem ich wszystkich, ale cały czas słyszę tę samą gadkę –
mruknąłem. – Ginevro, proszę, nie patrz tak na mnie! To nie moja wina, że nie
chcą nic powiedzieć!
-Dobra,
przepraszam. Po prostu się denerwuję, niecodziennie twoja przyjaciółka mdleje
bez powodu. I nie mów do mnie Ginevro!
-Okej,
okej. Ginny? – powiedziałem, a gdy popatrzyła na mnie, kontynuowałem – mogę ci
coś powiedzieć? Ale obiecaj, że nikomu o tym nie powiesz.
-Dobra,
obiecuję – odpowiedziała podnosząc rękę na serce.
-Boję się,
że coś się stanie i że to moja wina – kiedy posłała mi zdziwione spojrzenie,
wiedziałem, że muszę się komuś wygadać – chodzi o to, że przed jej omdleniem
kłóciliśmy się. Zaczęło się od błahostki. Nie wiedziałem o co jej chodzi. W
końcu powiedziała mi w twarz, że zachowuje się jak gówniarz i że nie wie czy
może mi zaufać. Nie byłem jej dłużny. Powiedziałem jednak o jedno słowo za
dużo. Krzyknąłem jej prosto w twarz, że jeśli chce to może się wyprowadzić do
Freda, bo najwidoczniej z nim jest jej lepiej. Ze łzami w oczach spytała się
mnie o czym mówię. Nie panowałem nad sobą, naprawdę nie chciałem jej tego
powiedzieć. Odpowiedziałem jej, że nie ma za grosz honoru skoro nie chce się
przyznać, że zachowuje się jak dziwka, sypiając z dwoma facetami na raz. Kiedy
zorientowałem się co powiedziałem jej już nie było. Wybiegłem do ogrodu i
zauważyłem, że leży na ziemi, była nieprzytomna. Szybko teleportowałem się z
nią do Munga i zadzwoniłem do wszystkich.
-Draco! Jak
mogłeś pomyśleć, że cię zdradza?! Rozumiem jakbyś miał na to jakieś dowody –
skomentowała oburzona moim zachowaniem. Nie dziwiłem jej się. Jak mężczyzna
może powiedzieć swojej narzeczonej prosto w twarz, że uważa ją za kobietę
lekkich obyczajów? W tym momencie to ja straciłem honor, nie ona.
-Wiem,
przegiąłem! Po prostu miałem podejrzenia od pewnego czasu. Wychodziła z samego
rana i wracała późnym wieczorem. Nie chciała powiedzieć gdzie spędza tak dużo
czasu. Cały czas słyszałem gadki typu „porozmawiamy później”, „jestem
zmęczona”, „nie chce mi się teraz z tobą rozmawiać”. Raz, kiedy postanowiłem
iść na Pokątną, zauważyłem ją z Fredem. Gdy spytałem co tam robiła powiedziała,
że to na pewno nie była ona, ale przecież wszędzie bym ją poznał! Ale to nie
jest teraz ważne. Ważne jest to, że przeze mnie znalazła się tutaj i
najprawdopodobniej jest nieprzytomna, a ja nie mogę o niczym wiedzieć. Nie wiem
co mam zrobić. Ginny pomóż mi, proszę.
-Wiesz co,
naprawdę jesteś skończonym idiotą, ale nic nie zrobię z tym, że Hermiona cię
kocha. I chyba wiem co można zrobić. Mionka na pewno mówiła ci o tym, że przed
wojną wyczyściła pamięć rodzicom, prawda? – Kiedy przytaknąłem kontynuowała –
więc mówiła ci też o tym, że Śmierciożercy ich znaleźli i zabili. W tej
sytuacji Hermiona nie miała żadnych krewnych, więc nie była wtedy w stanie sama
się utrzymać. Moja mama wyszła do Ministra z prośbą, aby razem z tatą mogli
zaadoptować Hermionę – miała kontynuować, kiedy przerwał jej blondyn.
-Zaraz.
Przecież Hermiona w momencie, gdy straciła rodziców była pełnoletnia. Twoi
rodzice nie mogli jej adoptować.
-Do tego
zmierzałam, ale mi przerwałeś – spojrzała na niego spod byka.
-Przepraszam.
Mów dalej – odpowiedział sarkastycznie.
-Dziękuję.
Otóż, dla mnie też jest to dziwne, ale po wielu namowach rodzicom udało się
przekonać ministra, aby mogli być prawnymi opiekunami Hermiony, więc istnieje
szansa na to, że udzielą informacje mamie – powiedziała rudowłosa z małą
satysfakcją, że to ona wpadła na to jak zdobyć informacje na temat stanu
Hermiony.
-Weasley,
powiem to raz, jesteś genialna – powiedział i próbował się uśmiechnąć, ale
wyszedł mu tylko lekki grymas na twarzy – zostaniesz tu? Ja w tym czasie
teleportuję się do Nory.
-Okej, nie
ma problemu.
-Dziękuję.
*NORA*
Teleportowałem
się kilkanaście metrów od Nory. Gdy wszedłem, od razu zostałem zasypany
pytaniami.
-Co z
Hermioną?
-Obudziła
się?
-Dlaczego
nie ma cię w szpitalu?
-Wiesz
cokolwiek?
-Na Merlina
dajcie mu spokój! Nie widzicie, że chłopak jest wykończony? Chodź Draco, usiądź
i powiedz co się stało – powiedziała zawsze uśmiechnięta pani Weasley, ale
odczytałem z jej twarzy, że jest bardzo zmartwiona stanem Hermiony.
-Dziękuję
pani Weasley. Właściwie przyszedłem do pani – gdy zauważyłem jej zdziwione
spojrzenie od razu kontynuowałem – Ginny powiedziała mi, że adoptowaliście
Hermionę. Czy to prawda?
-Tak, ale
czy to ma jakiś związek z tą sytuacją? – spytała.
-W pewnym
sensie tak. Chodzi o to, że jako narzeczony nie mogę otrzymywać informacji na
temat aktualnego stanu Hermiony, więc zastanawiamy się razem z Ginny czy pani
ma prawo do tych informacji – powiedziałem szybko, ale wyraźnie. Zależało mi na
czasie.
-Musimy to
sprawdzić. Wracaj do Munga, zaraz się teleportuję – rozkazała tonem, który
wyraźnie mówił, że mam to zrobić jak najszybciej.
-Dziękuję
pani Weasley – powiedziałem szczerze. Nie zdążyła mi odpowiedzieć, ponieważ już
się teleportowałem do Munga.
*MUNG*
Po
teleportacji od razu skierowałem się w miejsce, gdzie powinienem znaleźć Rudą.
Była tam. Spała. Postanowiłem poczekać na panią Weasley, a później teleportować
się z powrotem do Nory z Ginny, żeby nie spała na szpitalnym korytarzu. Po
około pięciu minutach pani Weasley poszła do magomedyka, żeby dowiedzieć się co
jest Hermionie. Ja w tym czasie rozmyślałem nad tym jak Mózg Złotej Trójcy
zmienił moje życie. A wszystko zaczęło się od jednego, niewinnego, uroczego
zdania…
*Dwa lata
wcześniej*
-Malfoy ty
niedorozwinięty umysłowo kretynie, złaź ze mnie! Za jakie grzechy trafiłam akurat na Ciebie! – krzyknęła brązowowłosa
Gryfonka.
-Granger,
nie drzyj się tak, przecież nic się nie dzieje… - odpowiedziałem jej w pełni
opanowanym głosem, ale w duchu chciałem się roześmiać na cały Hogwart. „Jak ona
się świetnie złości” pomyślałem, ale zaraz odgoniłem od siebie tę myśl.
-Nic się
nie dzieje? NIC SIĘ NIE DZIEJE?! MALFOY, LEŻYSZ NA MNIE NA ŚRODKU KORYTARZA! W
TEJ CHWILI ZE MNIE SCHODŹ! – krzyknęła.
-Nie.
-Nie?
Jesteś pewny?
-Tak.
-Slytherin
traci w tym momencie dziesięć punktów – powiedziała z wrednym uśmieszkiem.
-No chyba
sobie żartujesz! Nie masz prawa – rolę się odwróciły. Teraz to ja byłem bliski
wybuchu.
-Mam takie
prawo, jestem prefektem naczelnym. A jeśli TY nie zejdziesz ze mnie w ciągu
pięciu sekund odejmę trzydzieści punktów – w tym momencie zacząłem się
zastanawiać od kiedy stała się taka stanowcza. „I piękna” dopowiedziała moja
podświadomość.
-Nie zejdę.
-5…
-Przecież
wiem, że i tak ich nie odejmiesz.
-4…
-Granger,
nie zgrywaj się.
-3…
-Dawaj, szybciej.
-2…
-…
-1…
-I co teraz
Granger? – spytałem pewny swej wygranej.
-W tym
momencie Slytherin traci TRZYDZIEŚCI PUNKTÓW. Wszelkie zażalenia Ślizgoni mogą
składać do PANA MALFOYA.
-JAK MOGŁAŚ
TY GŁUPIA SZLAMO? – wypaliłem na cały korytarz. Kilka osób odwróciło się i
spojrzało na mnie z obrzydzeniem. W tłumie zauważyłem nawet swojego najlepszego
przyjaciela – Blaise’a. „Wielki obrońca szl… mugolaków i zdrajców krwi”
pomyślałem.
-Kolejne
trzydzieści punktów za obrazę prefekta naczelnego – ciągnęła dalej nie
zwracając nawet na mnie uwagi.
-Chodź tu
kretynie, bo Granger zostawi nas dopiero na minusie – usłyszałem głos swojej
byłej dziewczyny, obecnie przyjaciółki, Pansy. – I nigdy już nie wymawiaj tego
słowa. NIGDY.
Co się z
nimi wszystkimi stało? Zawsze gardzili nimi tak samo jak ja, a teraz? Teraz
brzydzą się nawet tego słowa.
-Dobra,
dobra, już wstaję, wstaję – powiedziałem.
-Granger,
przepraszam za niego…
-Nie musisz
mnie za niego przepraszać Parkinson. Jak dorośnie, sam przeprosi.
-Draco,
idziemy – poszedłem za Pansy. Nie pamiętam nawet jak wszedłem do Pokoju
Wspólnego. Gdy zorientowałem się gdzie jestem usłyszałem pytanie mojej
przyjaciółki.
-Mogę
wiedzieć co ty robisz? Najpierw wpadasz na Granger, nie chcesz z niej zejść po
jej ostrzeżeniach, po czym wyzywasz ją od szlam. Jesteś niepoważny?! Przez
ciebie straciliśmy siedemdziesiąt punktów! – krzyknęła. Kilku Ślizgonów
spojrzało na mnie z niedowierzaniem. „No pięknie” pomyślałem, „teraz już każdy
będzie wiedział przez kogo straciliśmy prawie połowę punktów”. –Czy ty w ogóle
mnie słuchasz?!
-Tak.
-Więc mi
odpowiedz.
-Nie wiem
co robię. Tak jakoś wyszło... - czułem się jak mały chłopiec, który zbił ulubiony wazon swojej mamy. Tyle, że ja nie
byłem małym chłopcem, siedemdziesiąt punktów to nie wazon, a Pansy to nie
matka.
-Tak jakoś
wyszło - zaczęła mnie przedrzeźniać, było źle. - Czy ty się słyszysz? Mogłeś ją
chociaż przeprosić. Naprawdę nie rozumiesz, że nie liczy się status krwi? Nie
rozumiesz, że każdy jest równy? Że trzeba w końcu udowodnić to, że Ślizgoni nie
są aż tacy niedobrzy i okropni? ŻE VOLDEMORTA NIE MA?! ZROZUM TO W KOŃCU.
-Aż dziwne,
że ty to mówisz Pansy. O ile pamiętam to ty proponowałaś wydać Pottera w ręce
Śmierciożerców - wiedziałem, że przegiąłem. Patrząc w oczy mojej przyjaciółki
zauważyłem zawód.
-Myślisz,
że jestem z tego dumna? Jeśli tak uważasz to wyprowadzę cię z błędu. Nie, nie
jestem. Czas się zmienić, ale Granger ma rację, najpierw musisz dorosnąć.
-Granger?
Już nie szlama? - powinienem przestać, ale nie byłem w stanie powstrzymać się
od wypowiedzenia tych słów.
-Nie, już
nie. Ludzie się zmieniają. A Granger jest jedną z niewielu osób, które
wybaczają i dają drugą szansę, więc powinieneś dziękować za to Merlinowi -
posłałem jej nierozumiejące spojrzenie, przewróciła oczami. - Sprawiłeś jej
tyle krzywd w ciągu tych lat, a ona jest w stanie ci wybaczyć, rozumiesz?
Rozmawiałam z nią o drugiej szansie. Powiedziała, że każdy na nią zasługuje, a
na przeprosiny NIGDY nie jest za późno, więc nie wiem co tu jeszcze robisz.
Powinieneś iść ją błagać o przebaczenie, a nie stać tu jak debil.
-Nie
rozumiem cię Pansy.
-I długo
nie zrozumiesz. Ale lepiej dla ciebie, jak nie będziesz mi wchodził w drogę
przez jakieś dwie godziny - powiedziała odwracając się, a ja zauważyłem, że
cały pokój wspólny się na nas patrzył.
-NA CO SIĘ
GAPICIE? NIE MACIE CO ROBIĆ? - krzyknąłem. Już po chwili każdy zajmował się tym
co miał. A ja pozostałem na środku Pokoju Wspólnego z jednym pytaniem. Jak
przeprosić Granger?
***
-Ej
Granger, czekaj!
-...
-Granger,
stój!
-...
-GRANGER!
-Co ty ode
mnie chcesz? Jeśli wyzwać mnie od szlam lub od czegokolwiek innego to nie
radzę.
-Poczekaj...
Masz takie... ehh... krótkie nóżki... jak możesz... tak szyb... ko chodzić?
-To
wszystko?
-Nie.
Jachciałemcięprzeprosićzatewszystkielatakiedycięobrażałem - powiedziałem na
jednym wydechu.
-Przepraszam,
czy możesz powtórzyć? Nic nie zrozumiałam.
-Chciałem
cię przeprosić za te wszystkie lata kiedy cię obrażałem - powtórzyłem, teraz
wyraźnie. Czekałem aż powie choć jedno zdanie. Jednak nie powiedziała nic. - No
powiedz coś.
-Ja... ja
muszę to przemyśleć - odpowiedziała i pobiegła w stronę Wielkiej Sali. I co ja
mogłem pomyśleć? Kompletnie mnie zlała swoją postawą. Powinna mi od razu
wybaczyć, a nie się zastanawiać, prawda? Nie będę o niej myśleć, ona mnie nie
obchodzi. Zrobiłem to dla Pansy, chyba.
Przez
zamyślenie ruszyłem w stronę Wielkiej Sali dziesięć minut później. Gdy do niej
dotarłem automatycznie spojrzałem na stół Gryfonów. Nie było jej. Usiadłem na
swoje stałe miejsce. Zabini od wczoraj się do mnie nie odezwał nawet słowem.
Jest zły o szlamę?
-No i co
powiesz Blaise? – spytałem.
-Nie mam
zamiaru z tobą rozmawiać mój drogi przyjacielu – odpowiedział.
-Merlinie
Blaise, co z tobą?
-Ze mną
wszystko w porządku, ale nie wiem czy z tobą ok.
-Chodzi ci
o szlamę? Jakoś nigdy nie przeszkadzało ci takie słownictwo.
-Owszem,
ale już przeszkadza. Tobie też powinno zacząć – nie poznawałem go. Co prawda
nigdy nie używał słowa „szlama”, ale nie przejmował się specjalnie jak ktoś tak
mówił. W tym momencie uświadomiłem sobie, że może i ja powinienem się zmienić?
***
-Granger?
-Słucham?
-Co
postanowiłaś w mojej sprawie?
-Hermiona
Granger.
-Co?
-Przedstawiam
ci się idi... człowieku.
-Aha,
jasne. Draco Malfoy.
***
-Mam
niespodziankę.
-Malfoy,
przecież wiesz, że nie cierpię niespodzianek.
-Wszystkiego
Najlepszego Granger.
-Boże,
jesteś wspaniały! To znaczy nie… dzięki Malfoy.
***
-Nigdy
więcej tego nie rób, rozumiesz?
-Tak.
-Obiecaj,
że już więcej tego nie zrobisz!
-…
***
-Malfoy?
-Tak?
-Kocham
cię.
***
-Granger,
jesteś kobietą mojego życia. Czy wyjdziesz za mnie?
-Draco… nie
wiem co powiedzieć… przecież wiesz, że nie lubię niespodzianek… jak ja cię nie
cierpię… oczywiście, że TAK!
-Tego nikt
się nie spodziewał!
-Blaise,
zamknij się!
***
-Musimy tam
iść?
-Tak, on
jest dla mnie bardzo ważny, zrozum.
***
-Draco?
-Hm?
-Chcę
dziecko.
***
-Draco!
Draco, obudź się! – usłyszałem głos pani Weasley. Czemu leżę na podłodze? – Oh
dziecko, już myślałam, że coś się stało.
-Co z
Hermioną? – zapytałem nie siląc się na to, żeby wstać z podłogi.
-Obudziła
się. Powinieneś do niej podejść – odpowiedziała pani Weasley i uśmiechnęła się
czule. Szybko wstałem i pobiegłem w stronę, którą pokazała mama rudzielców.
Powoli otworzyłem drzwi. Zauważyłem nie tylko Hermionę, ale również Pottera i
Weasleyów. Jeszcze ich tu brakowało.
-Granger?
-Malfoy? Co
ty tu robisz? – spytała, a ja byłem w szoku. Przecież to niemożliwe, żeby
straciła pamięć. – Możecie na chwilę wyjść?
-Jasne.
Malfoy masz piętnaście minut – powiedział Potter, uśmiechnął się do Hermiony i
wyszedł za Weasleyami.
-Jak to co?
Jestem twoim narzeczonym, jakby mogło mnie tu nie być? – odpowiedziałem.
-Co? To
niemożliwe, przecież moim narzeczonym jest Fred – prawie syknęła, a w jej
oczach nawet niewidomy zauważyłby złość. Nie straciła pamięci, ale było gorzej.
Pamiętała całą kłótnie.
-Skarbie,
przepraszam. Poniosło mnie. Nie wiem co się ze mną stało. Wiem, że to głupie,
ale ja naprawdę… - nie dokończyłem, bo złapała mnie za poluzowany krawat i
przyciągnęła do siebie.
-Za dużo
mówisz… A ja chyba muszę ci coś wyjaśnić – powiedziała i zaczęła mi wszystko
wyjaśniać.
-Więc…
chcesz mi powiedzieć, że przez ten cały czas, kiedy nie było cię w domu
obmyślałaś plan z Weasleyami, Potterem, Blaisem, Pansy i moimi rodzicami w
związku z moimi urodzinami? – spytałem niedowierzając. – Boże, ale ze mnie
idiota…
-Tak, to
fakt. Jesteś idiotą, ale moim idiotą – odpowiedziała i pocałowała mnie czule.
Pocałunek zapewne trwałby dłużej, gdyby nie niespodziewane wejście magomedyka.
-Ekhem, nie
przeszkadzam? – zapytał z bananem na twarzy. A to niby ja jestem idiotą.
Nie, nie.
Jak wyniki? – Hermiona od razu oderwała się ode mnie i spojrzała na magomedyka.
-Cóż
wszystkie są zadowalające, ale powinna pani więcej odpoczywać.
-A to niby
czemu? Mam siedzącą pracę, a przecież nie mogę wyglądać jak wieloryb – oburzyła
się.
Tak wiem, ale
jednak w ciąży wskazany jest odpoczynek i regularne posiłki – oznajmił.
-W jakiej
ciąży?! – krzyknąłem w tym samym czasie co moja narzeczona.
-Czwarty
tydzień , gratuluję – uśmiechnął się i położył wyniki na stoliczku obok łóżka
szpitalnego.
-Udało się
– powiedziała szeptem i przytuliła się do mojej klatki piersiowej.
Odwzajemniłem uścisk. Siedziała wtulona we mnie aż nie usłyszeliśmy odgłosu
otwieranych drzwi.
-I co tam
gołąbeczki? – spytał Fred uśmiechnięty od ucha do ucha. Ci to mają dzisiaj
wyczucie czasu…
-Właśnie
się dowiedzieliśmy, że urodzi się jeszcze jeden Malfoy – odpowiedziałem dumny.
-Naprawdę?
W takim razie gratuluję dobrej roboty – mrugnął jednym okiem, a później
krzyknął – Ej ludzie, chodźcie tu szybko!
-Fred, nie
drzyj się na połowę Munga, wystarczyło podejść. Co się takiego stało? – spytała
zaciekawiona Ginny i usiadła na krześle obok łóżka.
-Spójrz na
wyniki – powiedziała Hermiona i podała jej teczkę z wynikami. Ginny przejrzała,
spojrzała wielkimi oczami na wyniki i uśmiechnęła się szeroko.
-Merlinie,
gratuluję! Hermiona masz już pomysły na imiona? – krzyknęła.
-Zaraz,
jakie imiona? Wystarczy jedno – zaśmiałem się, a Ruda podała mi teczkę. Była
otwarta na zdjęciach usg. Spojrzałem zszokowany.
-Bliźniaki?!
THE END
WITAM! :D
Długa przerwa,
co? Poczułam, że muszę coś napisać i jest! Wiem, że opowiadanie nie ruszyło od
ponad 9miesięcy, ale pomysł jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął.
Uwierzcie, że myślę o Was i o tym blogu, ale nie jestem w stanie go
kontynuować. Może za jakiś czas pojawi się coś nowego. Nie wiem, ale mam
nadzieję, że ta miniaturka się Wam spodoba. Zapraszam do komentowania.Pozdrawiam Was wszystkie serdecznie i przesyłam
buziaki.
A.
Ps. Co Wy
na to, żeby stworzyć opowiadanie na podstawie tej miniaturki? Odpowiedzi w
komentarzach.